środa, 12 lipca 2017

Nie-ogród dla początkujących

Zacznę truizmem: praca w ogrodzie nie jest łatwa i pożera lwią część wolnego czasu.
Każdy się z tym zgodzi, że porwanie się na zagospodarowanie sporego ugoru to ciężka, fizyczna harówka, szczególnie, gdy ma się dodatkowo do ogarnięcia pracę zawodową, dom i dzieci.
Nie ma się co dziwić, gdy pojawi się ból w krzyżu, stawy w dłoniach zgrubieją (żeby nie powiedzieć brzydziej: schamieją, że obrączki nie wciśniesz, a gdzie potem oderwać się od łopaty i usiąść do igły i sutaszu?), a ciało jest upstrzone bąblami po ugryzieniach przez meszki i komary. Trzeba być także psychicznie przygotowanym na większe, czy mniejsze niepowodzenia. Nie chcę, żeby zabrzmiało to zbyt pesymistycznie, takie mam doświadczenia i wahania nastrojów: od euforii: "ale pięknie mi hortensja zakwitła!" do depresji: "nigdy mi się nie uda pozbyć tych chwastów!" albo: "o! ale ładne te szpaki, co skaczą po trawie" do: "o cholera! szpaki zeżarły mi wszystkie borówki!!!".
Co by nie było, NIE zamieniłabym tego kawałka zieleni na luksusowy balkon w najlepszej dzielnicy. A że boli? - nie szkodzi. Jeszcze się ruszam, a jaka satysfakcja, że coś się udało! Nawet, jeżeli jest to tylko mały kroczek w stronę marzeń.
Oboje z mężem jesteśmy laikami w tematach ogrodowych. Pracę na działce rodziców jakoś mgliście wspominam, z resztą za młodu, to głównie latało się po podwórku i jeździło na rowerze. Potem było długo, długo NIC i teraz... dorobiliśmy się własnego garba.
Wyobrażenie, z męskiego punktu widzenia, na temat ogrodu, najlepiej "bezobsługowego", to: wyrównać teren, odchwaścić rundup-em ze 2 razy i przekopać, posiać trawę, koniec!
Moje marzenia nie sprowadzają się do równego kawałka trawy i paru kulek z bukszpanu na okrasę. Chcę mieć prawdziwy gąszcz, który zapewniłby chociaż trochę intymności od sąsiedztwa i radości dla oka. Najgorzej, że zbyt wiele rzeczy mi się podoba i nie potrafię się zdecydować na konkretny styl. Z prawej po "japońsku", z lewej po wiejsku (i to nęci i to kręci).

Zaczęłam, jak każdy "janusz" ogrodowy, od posadzenia sztampowych żywotników wzdłuż granicy. Kiedyś wspominałam, że najchętniej posadziłabym żywopłot z buku lub grabu, ale nie chcę ciągłej walki o liście z sąsiadami (i tak spory dąb-samosiejka na granicy działek, jest już wystarczającym powodem niezadowolenia i ciągłych próśb o ścięcie).
Tuje, wsadzone rok temu na wiosnę, widocznie pokraśniały w obowodzie, dzięki skróceniu pędów i cieszą oko. Żywotniki posadzone równym rządkiem wzdłuż ogrodzenia, są ogólnie źle widziane przez wszelkiej maści projektantów ogrodów, ale wcale nie muszą straszyć (ciekawy artykuł na ten temat znalazłam: tutaj). Dla mnie mają spełniać rolę zielonego tła, na którym wyeksponuję inne rośliny.
Lubię rośliny użyteczne, dlatego znajdą miejsce u mnie i porzeczki i borówki i drzewka owocowe. Przytuliłam też leszczynę samosiejkę i orzech włoski (też malutka samosiejka). Potem będę się martwić, gdzie to przenieść, jak będzie ciut większe. Znalazł się kąt dla krzewów owocowych - nie wyobrażam sobie, że dzieci nie mogą skubnąć tego i owego prosto z krzaka ;-)
Teren równam kiedy tylko mogę, po troszeczkę. Na wiosnę to, co wyrównałam i wybrałam z chwastów, obsiałam trawą. NIESTETY! chwasty są dużo szybsze niż trawa z kiełkowaniem, a nie pomaga to, że reszta terenu nieodchwszczona, wszystko się pięknie rozsiewa i robotę zaczynam często od nowa. Na nie-trawniku króluje głównie koniczyna.
W wolnym czasie szukam inspiracji ogrodowych, wymieniam się doświadczeniami z zaprzyjaźnionymi osobami, czytam fora i literaturę tematyczną, a... idę głównie na żywioł. Plany sobie, rzeczywistość sobie.
Podpisuję się wszystkimi kończynami pod wypowiedzią dziewczyny, znalezioną na forum Muratora:
"mokka
09-01-2009, 14:58
Ja jako doświadczona ogrodniczka ponad 4 lata juz w ogrodzie, doświadczona przesadzaczka, średnio co 2 roślina jest przesadzona, nałogowa czytelniczka ogrodowej prasy, posiadaczka wielu pozycji uczących krok po kroku zakładania ogrodu , powiem krótka brać firmę i zrobić projekt, bo to najtańsza sprawa, jeśli mówimy tu o kosztach. Ja wszystko wymyślałam sobie dama, Stary kopał i sadził, czasem miał fochy i sadziłam ja, rozwiązanie to jest bardzo ryzykowne i dość drogie. Co to jest 1000-1500 zł za projekt , nic zupełnie nic jeśli chodzi o koszty w około 12 arowym poletku doświadczalnym, to tak na oko 15 -20 typowych iglaków , czyli naocznie mówiąc ze 4 przęsła obsadzone. To wielka kropla w morzu ogrodowym, a czas na przeczytanie tej tzw prasy bardzo mnie drogo kosztował. Kilometry i wypalone paliwo + amortyzacja samochodu, bo jeździłam do takich szkółek gdzie dojazd był totalnie ekstremalnym przeżyciem. Czas i pieniądze na zakup wszystkich roślin, sadzenie tego wszystkiego co dostałam, a ludzie u nas hojni, tony kory, nawożenia, produkcja gnojówek i zbieraniem kup z łąk, poznanie warunków glebowych, sadzenie bardzo wielu roślin, poznanie tych roślin, zabezpieczanie ich na zimę, zakwaszanie w odpowiednim przedziale PH,i tak dalej, jest jeszcze tego mnóstwo. Czy mam ładny ogród? Otóż powiem szczerze, nie mam . Czy jestem szczęśliwa, że sama go zrobiła? Bardzo. Czy myślałam racjonalnie o pieniądzach? Nie myślałam. Czy można było zrobić lepiej i taniej? W stu procentach. Czy mam gargamele ogrodowe? Mam. Czy zatrudniłabym po tych wszystkich bojach firmę? Nigdy w życiu. Dlaczego ? Bo jestem ogrodowym wariatem, który musi wszystko w ogrodzie zrobić sam, bo to moja odskocznia, bo mi to dobrze robi na głowę, bo musze znać każdą moją roślinę , bo z nimi rozmawiam, bo kocham siedzieć w lecie w swoim ogrodzie i ciągle czegoś doglądać, bo ogród jest dla mnie ważniejszy od domu. Ma ktoś tak nawalone w głowie, to niej się szarpie i będzie w niebo wzięty, jak ktoś ma jasność racjonalnego myślenie to niech bierze dobrą firmę, koszty nie porównywalne z własną „twórczością” , zaoszczędzi sobie i czasu i kasy. Sama pisałam do Elfir w sprawie róż, to co zrobiłam sama sobie w swoim ogrodzie wymaga mocnych nerwów, bo tam jest wszystko ze wszystkim i najgorsze, a może najlepsze jest to , że ja to wiem i czeka mnie niekończąca się opowieść z okiełznaniem tego ogrodu. Jak ktoś lubi takie klimaty , walkę z wiatrakami i czuje ogrodowego bluesa, to niech się porywa, jak chce mieć po prostu ładny ogród to niech bierze firmę i uwierzy mi na słowo."
Tak, należę do wariatów, lubię walkę z wiatrakami, a gargamele ogrodowe mi nie straszne! :D
Pozbycie się górki gliny, zarośniętej chwastami, było dla mnie wielką radością i impulsem do zrobienia pierwszej, prawdziwej, aczkolwiek mało przemyślanej rabaty.
Przez długi czas chodziłam z bananem na twarzy, bo w końcu mam poletko do obsadzenia (które trzeba było najpierw katorżniczo oczyścić, przekopać i wyrównać).
Nawsadzałam roślin ile się dało i myślę, że jak uwolni się więcej miejsca, a rośliny podrosną, to będę robić akcję przesadzania. Co do roślin - wybieram wszystko, co lubi kwaśną glebę. Na postawie chwastów rosnących na ugorze można określić z jakim rodzajem mamy do czynienia (a u mnie skrzyp, szczaw, fiołek trójbarwny, rdest i wspomniana koniczyna oraz jasnota i tasznik w dużej ilości).
Spod brzóz wyrwałam w końcu 2 rododendrony i azalię i wsadziłam na nową rabatę. Dokupiłam kolejną malutką azalię i jeszcze mniejsze pierisy japońskie, dwa czarne bzy, derenia i dwa klony palmowe, na które choruję, odkąd zobaczyłam piękny, stary okaz w cudzym przedogródku. Jestem świadoma, że trzeba będzie przeorganizować to towarzystwo prędzej czy później.
zmiany drobnymi kroczkami
Mimo wszystko, jak patrzę od czego zaczynałam i jak to zaczyna zmieniać kształt, serce rośnie (i tyłek się marszczy, że jeszcze tyle przede mną).
od czegoś trzeba zacząć (kilka lat temu)

wiosna 2017 - po odwiedzinach dzikich dzików ;-)
Najbardziej się cieszę, że mój Pomocnik rośnie wśród przyrody, uwielbia kręcić się jak ogon, pomagając na swój sposób (tak, że czasem doprawdy ręce opadają). Dziecko chowane na dziko, bez TV, za to zna nazwy większości chwastów i roślin użytkowych w ogrodzie. Wiedza rośnie razem z nim.
Myślę, że to nie koniec moich nie-ogrodowych opowieści. Nie omieszkam się podzielić radościami i porażkami. W następnym odcinku - o kreciku, niecnocie ;-)
c.d.n.

Do miłego!
Bestyjeczka

8 komentarzy :

  1. Powiem tak. Też jestem wariatka, lubię to i codziennie doglądam. Plus mam 2 ekstra szkodniki, moje psy. Powodzenia i Tobie i sobie w tej nierównej, acz pieknej walce. Catalina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, mam nadzieję, że nie polegnę :-) Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  2. Kazdy ma swój urok i wiejski i japonski :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie eklektyzm jak we wnętrzach. Zdaję sobie sprawę, że mój ogród nigdy nie będzie wymuskany jak japoński, bliżej mi do radosnego chaosu :-)

      Usuń
  3. Piękny prawdziwy ogród! I dużo włożonej w niego pracy. Podziwiam i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękny (jeszcze?) nie, ale mój własny, zielony. Pracy tak, dużo i jeszcze więcej przede mną. Dziękuję za miłe słowa :-) Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Bestyjeczko, ilekroć pojawiasz się na blogu, mam wrażenie że ściągnęłam Cię myślami ;)
    Zdaję sobie sprawę, że człowiek naogląda się wymuskanych rabat w fachowej literaturze i zaczyna leczyć kompleksy stając przy łopacie...ale jak mawiała pewna autorytatywna osóbka ,,NAJPIĘKNIEJSZE, SĄ TE NAJMNIEJ DOSKONAŁE,,
    Trawnik z kończyny piękny...ich niech się chowają te wszystkie randapy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coraz rzadziej bywam, faktycznie, może mnie ściągasz myślami? :D
      Ogrody z fachowej literatury to bajka ale to co widać na portalach tematycznych, co ludzie w Polsce potrafią z kawałka zielonej przestrzeni zrobić to głowa mała. Nie dorównam i nie zamierzam, bo by się w psychiatryku skończyło, tylko na ile mnie stać (finansowo i fizycznie i psychicznie ;-)).
      Koniczyna to chwaścior, strasznie się panoszy i zarasta każdy kawałeczek. Powiem skrycie, że mi się podoba, bo jest taka ładna, zieloniutka a jak jeszcze zakwitnie cała łąka to aż miło popatrzeć. Jestem rozdarta pomiędzy walką o równy trawniczek a pozostawienie koniczynowego raju dla pszczół i trzmieli.

      Usuń